“Jak wypadłem” – pytania kandydatów (cz. III)

pytanie “Jak wypadłem” – pytania kandydatów (cz. III)W naszym cyklu pytań, których kandydat powinien na rozmowie unikać, kolejny przykład. Tym razem jest to rzucane rekruterowi lub szefowi pytanie „Jak wypadłem” („Jak mi idzie, „Czy zrobiłem dobre wrażenie” i inne wariacje na temat). Takie pytanie w trakcie rozmowy jest jednym z tych, które nigdy nie powinny paść. Dlaczego?

Przede wszystkim, takie pytanie nie wnosi nic do rozmowy, a osobę przeprowadzającą wywiad rekrutacyjny stawia w bardzo niekomfortowej sytuacji. Jest to bowiem tak naprawdę pytanie, na które prowadzący rozmowę nie może odpowiedzieć.

  • Jeśli rekruter chce być miły i odpowie „tak, świetnie” a kandydat wypadł kiepsko daje kandydatowi złudną nadzieję na zatrudnienie a dodatkowo kiepsko się czuje z tym, że kandydata okłamał. (choć nie powinien tego robić, takie sytuacje się zdarzają)
  • Jeśli rekruter chce być szczery i odpowie „tak, świetnie” a kandydat rzeczywiście wypadł dobrze, to odpowiedź taka daje kandydatowi poczucie większej pewności zatrudnienia, przy czym nie zawsze jest tak, że decyzja o zatrudnieniu zależy jedynie od osoby prowadzącej spotkanie. Może być więc tak, że mimo tego, iż kandydat wypadł dobrze, nie zostanie zatrudniony, bo pół godziny później pojawi się ktoś inny kto wypadnie jeszcze lepiej, lub też drugiej osobie obecnej na spotkaniu kandydat się jednak nie spodoba.
  • Jeśli kandydat wypadł kiepsko, a rekruter postanowi mimo to być szczery i powie „no, nie najlepiej” całkowicie zerwie tym samym kontakt z kandydatem, który się zestresuje i tym bardziej nie poprawi swojego wizerunku.

Pytanie „jak wypadłem” zadane przez kandydata świadczyć może również o małej pewności siebie kandydata, co praktycznie nigdy, nie jest plusem.
Innymi słowy – takie pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej, kandydatowi nic nie daje (bo i tak nie ma on pewności czy usłyszał prawdę) a osobę prowadzącą wywiad stawia w niezręcznej sytuacji. Postawienie zaś rozmówcy w niezręcznej sytuacji to strzał w stopę. Nikt nie lubi bowiem jak się go w takiej sytuacji stawia i chcąc nie chcąc, notowania kandydata mogą spaść. Lepiej więc, takiego pytania po prostu nie zadawać…

Dodaj komentarz

5 Responses to ““Jak wypadłem” – pytania kandydatów (cz. III)”

  1. Robbie says:

    Tak. Najlepiej uśmiechać się durnowato i ciągle przytakiwać, żeby się paniusia przypadkiem nie poczuła zagrożona jakimś trudnym pytaniem. Akurat 🙂 Moim zdaniem, jeśli prowadzimy rozmowę na poziomie to w odpowiednim momencie zadanie pytania w stylu: “Jaka jest pani ocena moich kwalifikacji względem wymagań na to stanowisko?” może pomóc bardziej niż zaszkodzić i jak najbardziej wnosi do rozmowy konkretną informację. A taka informacja zwrotna, należy się kandydatowi, jak przysłowiowa “psu zupa”. Ewentualne uwagi mogą być też pretekstem do rozwinięcia tematu i dorzuceniu kilku argumentów “za”. Wszystko zależy od tego z kim rozmawiamy, bo jeśli widać i słychać że osoba po drugiej stronie stołu nie ma wiele do powiedzenia to oczywiście nie ma co sobie głowy zawracać. Wtedy powyższe porady mają zastosowanie.

  2. Sabina Stodolak says:

    @Robbie , masz rację, ale…z doświadczenia powiem, że Ci z którymi rzeczywiście można by było porozmawiać o adekwatności ich umiejętności wobec stanowiska, nie pytają jak wypadli. Pytają Ci, którzy wypadli nie najlepiej i czują się zagrożeni. Taka anegdotka – rozmawiam z Panią, którą zaprosiłam na podstawie CV w którym miała wpisane same nazwy stanowisk na których pracowała bez ich opisu. Na rozmowie rozwijamy temat i dopytuję o konkretne zadania. Różnica między tym, co wynika z nazwy stanowiska, a tym co Pani robiła jest mniej więcej taka, jak między specjalistą ds. marketingu w korporacji FMCG a telemarketerem w TPSA. W pewnym momencie, Pani pyta o moje wrażenia jej “nadawania się na stanowisko” Pomyślałam, że powiem Pani od razu, (kobieta mnei nie uderzy), więc mówię, że szukamy osoby o takich a takich kompetencjach, a Pani ma zupełnie inne doświadczenia, mniejsze. Pani więc mi na to mówi “przecież miała Pani CV, mogła mnie Pani tu nie ciągnąć..” no i teraz zonk. CV miałam, ale w CV Pani wpisała TYLKO nazwę stanowiska która zresztą, nie miała odniesienia do rzeczywistości…

  3. Robbie says:

    Są ludzie i ludziska. No dobrze, a czy powiedziałaś tej pani że gdyby uzupełniła sobie CV o zakresy obowiązków oszczędziłoby to wszystkim czasu? Czy wypuściłaś kobietę w poczuciu krzywdy że ona niczemu nie jest winna, tylko świat się na nią uwziął??? Bo to się również łączy z poruszanym wcześniej tematem – feedback, którego wiecznie brakuje. A pomyśl że taka uwaga, mogłaby tej pani pomóc i to nie mało. Więc jak tam dalej było? 🙂

  4. Sabina Stodolak says:

    Dalej był właściwy feed back, ale wzrok tej Pani zanim zrozumiała…bezcenny. Wiesz to nigdy nie jest proste, bo rekrutacja to jak życie – każdy jest inny i trudno uogólniać. Jakkolwiek chcąc cokolwiek doradzać w postach, uogólniać nieco muszę. Aha, tak teraz mi przyszło do głowy – ty napisałeś “Jaka jest pani ocena moich kwalifikacji względem wymagań na to stanowisko?” a ja pisałam o haśle “Jak wypadłem” i w samej formie już tego zapytania jest różnica, prawda? To znaczy, nie miałabym nic przeciwko takiemu pytaniu, jakie zaproponowałeś. Radzę jednak unikać sformułowania “jak wypadłem”, “jak mi idzie” i “dałem sobie radę?”

  5. ProgWeb says:

    Pani Sabino, wszystkich Pani nie uratuje.
    Ja tam jestem odporny na krytykę, jeśli jest szczera, to podziękuję, a obrażę się na nieszczerą.
    Jeśli ktoś się obraża, to tym lepiej i dla rekrutera/pracodawcy, bo to znaczy, że w przyszłości nie zniesie krytyki.
    Mając na myśli krytykę mam na myśli definicję słownikową, czyli wypunktowanie, co było źle. Rzeczowe wypunktowanie, a nie nie, bo nie. Jeśli ktoś mi powie, słuchaj trochę martwi mnie ta Twoja pewność siebie, czy aby nie masz jej w nadmiarze i nie rzucasz słów na wiatr? To jak kandydat powie, to mnie wypróbujcie, wierzę w swoje umiejętności, bo . Ja tak zdobyłem swoją obecną pracę. Miałem właśnie takie zdanie, chociaż ja się nie pytałem jak mi poszło, szef sam mi to powiedział. To argumentowałem mu, że nie mam udokumentowanego doświadczenia, ale sam programuję od 7 lat (wtedy), że tworzyłem do własnych celów większe serwisy i celuję w naprawdę duże aplikacje, że mam umysł do algorytmów, ponieważ widzę po sobie jak łatwo mi to przychodzi i jak innym na tle mnie idzie znacznie słabiej, że pasjonuję się rozwiązywaniem problemów programistycznych i projektowaniem aplikacji (jak zajmie mnie problem, to nie odpuszczę i nie ważne, że przez cały tydzień spałem tylko 7h, a przerwa była tylko na toaletę – jadłem przy komputerze).
    Potem dowiedziałem się, że ta wiara w siebie i argumentacja w połowie załatwiła mi pracę. To że się nie obraziłem, tylko uspokoiłem mojego pracodawcę i zargumentowałem swoje motywacje.
    Skutkiem czego zdobyłem pracę od ręki już na pierwszej rozmowie, a udowodniłem swoje umiejętności w 2 tygodnie wdrażając się po tygodniu w dwa panele firmowe (starszy i nowszy) i mając na myśli wdrażałem się chodzi mi o pisanie modułów i rozbudowa tego panelu (nowszy panel to już nie te “super-zaawansowane i nowatorskie” aplikacje, którymi szczycą się agencje w około, a to zwykle panele do “tekstówek”, często nawet bez modułu menu, czy uprawnień redaktorów)… ile wdrożenie do cudzego kodu zajmuje, każdy programista wie, ile do kodu bez dokumentacji, to po ilości przekleństw (w tys.) idzie zmierzyć. Ja miałem pod ręką swoją wiedzę, umysł i kolegę, który tworzył te panele, a którego nie mogłem za bardzo odciągać od jego pracy, więc pytania musiały być na prawdę ważne i konkretne).

    Gdybym po pierwszej rozmowie nie dostał pracy, to bym się zapytał czy mam szansę na rychłą pracę, czy nie. Z prostego powodu, żeby nam obu zaoszczędzić czas. Ja poszukam lepszej pracy, a pracodawca innego pasującego mu pracownika.

    Idąc takim tokiem rozumowania jak przedstawiła Pani, to będzie więcej łażenia, robienia sobie nadziei a na koniec firmie się dostanie od najgorszych bo nie oddzwaniają, bo oszukują i kłamią, bo skoro było dobrze (klepało się), to czemu nie przyjęli?
    Dodatkowo, nie podejmując takiej rozmowy nieświadomie wysyła Pani sygnał do otoczenia, że nie wie Pani czego chce (bo jakby wiedziała, to po co ukrywa?), a skoro odbiorcą staje się aplikant, to szybko staje się i przekaźnikiem dalej: “Czego chcieli? A sami nie wiedzieli czego, nie potrafili mi powiedzieć.”.
    Czasem stosuję takie wybiegi szukając pracy. Testuję pracodawcę na trudne tematy (z resztą nie tylko niego). Jeśli mi kręci, to widzę od razu, że tu coś nie tak, jeśli mówi wprost i argumentuje to, to od razu widzę, że to osoba z którą można pogadać i co najważniejsze.. _dogadać_się_. Bo taka osoba daje mi konkrety i wymaga konkretów.

    A jak ktoś się obrazi…. Jego problem 🙂 Tak jak z tymi kredytami u kandydatów.

    Zarówno pracodawca i pracownik to człowiek, oboje borykają się ze swoimi wadami i zaletami i żadne z nich nie jest doskonałe i totalnie beznadziejne..

    P.S. Podobno największą obrazą jest schlebianie komuś 🙂