I po Erasmusie…

erasmus I po Erasmusie...Od 25 lat tysiące studentów każdego roku wyjeżdżały za granicę by uczyć się (i imprezować) w ramach programu stypendialnego Erasmus. Niestety – więcej wyjazdów nie będzie. Program międzynarodowej wymiany studentów w kolejną rocznicę istnienia, zamierza ogłosić bankructwo.

Sytuacja nie jest jeszcze przesądzona, ale wszystko zmierza ku temu, by jednak program zakończył działalność. Dziura w budżecie to około 10 mld Euro. W październiku ma nastąpić nowelizacja budżetu, jednakże- jak podało Polskie Radio – może to już być niestety za późno. Studenci, którzy wyjechali na obecnie trwający semestr mogą być ostatnimi studentami z Erasmusa. Im na szczęście nie grozi sytuacja turystów z upadających biur podróży. Środki na wyjazd studentów zostały zabezpieczone.

Program wymiany międzynarodowej miał zwolenników i przeciwników. Ci pierwsi, podkreślali możliwość kontaktu z innymi kulturami, nauki języka czy sprawdzenia zagranicznego systemu edukacji. Przeciwnicy twierdzili, że wyjazd na Erasmusa to wieczna impreza za unijne pieniądze. W praktyce bywało różnie – byli tacy studenci, którzy na tyle mocno korzystali z uroków życia w obcym kraju, że niewiele wynieśli z wyjazdu, poza poznaniem obcej kultury oraz znajomościami. Byli i tacy, którzy skorzystali z oferowanych przez uczelnię kursów i mocno podwyższyli swoje kompetencje. Teraz, taka szansa może się już nie powtórzyć.

A czy ktoś z Was był na Erasmusie? Jakie wynieśliście wrażenia?

Dodaj komentarz

2 Responses to “I po Erasmusie…”

  1. toyotax says:

    Rekrutując się na Erasmusa najczęściej stajemy przed dylematem – gorące kraje południa czy może zimna północ. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o warunki atmosferyczne;)

    Ja zdecydowałam się na dość chłodną Brukselę. I nikt nie mówił, że będzie łatwo. Promotor nawet dał mi do zrozumienia, że powinnam dobrze przemyśleć tą decyzję. Niczego nie żałuję! Zajęć miałam więcej niż w Polsce. I przede wszystkim były o wiele bardziej wymagające. I w zasadzie zdobycie tego doświadczenia akademickiego cenię sobie teraz najbardziej. Wiem, że w Polsce rzadko spotyka się podobne podejście do nauk społecznych (chyba, że prowadzący sam był w przeszłości na podobnym wyjeździe). Możliwość wykorzystania języka w praktyce też jest zupełnie innym doświadczeniem niż na “sucho” na zajęciach w Polsce. Nie ma też wątpliwości, że będąc za granicą o wiele łatwiej jest poznać lokalną kulturę. Ja osobiście na wycieczki miałam czas tylko w niektóre weekendy. Ale wszystkie egzaminy niefortunnie wypadły mi w pierwszych 2. tygodniach sesji, fortunnie pozwalając nadrobić braki w zwiedzaniu. Nigdy nie zobaczyłam takiej ilości muzeów w trzy dni. Udało mi się też zwiedzić największe miasta Belgii w tydzień;)

    Co mi dał ten wyjazd? Zupełnie nowe doświadczenia w podejściu do nauki. Możliwość korzystania z szerszych zasobów literatury (dostęp do niektórych portali). Grupę oddanych przyjaciół. Wiarę we własne siły (teraz mało rzeczy wydaje się nieosiągalnych)

    Nie wyobrażam sobie studiów bez Erasmusa. Nie rozumiem też studentów wyjeżdżających tylko na wakacje do Włoch, Hiszpanii… 5 miesięcy wakacji to trochę dużo;) i zawsze można to zrobić na własną rękę. A korzyści płynące ze studiowania na zupełnie innym uniwersytecie – bezcenne.

  2. poe says:

    Ja żałuję, że byłam na Erasmusie u naszych sąsiadów-straciłam pół roku-wykładowcy nie traktowali “erasmusowców” poważnie, z góry traktowali nas lekceważąco, bo przeiceż przyjechaliśmy imprezowac, a nie uczyc się i fakt 90% tak robiło-praktycznie nie chodziło na zajecia, a i tak dostawali zal. na świetne oceny, ktorych u siebie w życiu by nie otrzymali…i to dotyczyło wielu kierunków od psychologii po prawo, co było przykre…dla mnie ci ludzie wyrwali się ze smyczyc-“każdy z każdym” i na tym Erasmus polega. Od początku przeczuwałam, że Erasmus tak wygląda, ale zależało mi na żywym kontakcie z danym językiem i to jedyny plus jaki wyniosłam z wyjazdu-polecam imprezowiczom, nie polecam amibtnym ludziom-lepiej zostac w PL i się rozwijac.