„Ile mogę wyciągnąć z firmy?” – pytania kandydatów (cz. II)

kasa1 „Ile mogę wyciągnąć z firmy?” – pytania kandydatów (cz. II)Jednym z bardzo nietrafionych pytań kandydatów podczas spotkania rekrutacyjnego jest pytanie z kręgu pytań o finanse, które w skrócie można streścić do określenia „Ile mogę wyciągnąć z tej firmy maksymalnie?”. Takie pytania, kandydaci zadają jedynie wtedy, kiedy podczas pierwszego spotkania spotykają się nie bezpośrednio z szefem czy pracownikiem działu HR firmy, ale z zewnętrznym rekruterem (np. z agencji rekrutacyjnej).

Sytuacja najczęściej wygląda tak: rekruter pyta kandydata o oczekiwania finansowe, kandydat kryguje się kilka chwil, po czym pyta „A jak Pani myśli ile mogę powiedzieć” lub „A ile szef chce maksymalnie zapłacić?” lub całkiem bezpośrednio – „A ile mogę wyciągnąć?”.

Takie pytanie to swoisty strzał w stopę – wprawdzie pokazuje kandydata jako osobę poniekąd sprytną, ale również implikuje pytanie czy kandydat posiada odrobinę rozsądku. Dlaczego? Otóż to pracodawca płaci agencji rekrutacyjnej za znalezienie odpowiedniego kandydata i niezależnie od tego jaki budżet przeznaczony jest na stanowisko, pracodawca zawsze woli zapłacić mniej niż więcej. Działanie rekrutera który sugerowałby kandydatowi kwotę wynagrodzenia jest więc nieuczciwe.

Mało tego, zawsze istnieje ryzyko że niefrasobliwy kandydat przekaże na kolejnym spotkaniu z pracodawcą informację w stylu „Bo tu Pani Kasia powiedziała mi na poprzednim spotkaniu, że maksymalnie mogę powiedzieć 3.000 zł”. Dla rekrutera (agencji) takie zachowanie kandydata to ogromne ryzyko. Klient (czyli pracodawca) może bowiem nie tylko nie zaprosić więcej agencji do współpracy to jeszcze zrobić jej złą opinię na rynku.

Na to, że dowiemy się „ile można wyciągnąć” nie można więc liczyć (chyba że rekruter jest naszym kolegą a do tego jest średnio uczciwy, lub też nasze oczekiwania są śmiesznie niskie i przez to tracimy wiarygodność jako kandydat.)

Dodaj komentarz

24 Responses to “„Ile mogę wyciągnąć z firmy?” – pytania kandydatów (cz. II)”

  1. mq says:

    W standardzie europejskim jest podawanie przez agencje widelek placowych na dane stanowisko, od-do w zalezności od doświadczenia i umiejętności kandydata.
    U nas widelki placowe są najbardziej strzezoną informacja, bo u nas firme obchodza tylko koszta, jak ludzie nie sa swiadomi ile moze firma zaplacic to nie wiedzą ile naprawde warta jest ich praca. W efekcie 99% rozmow konczy się pytaniem “ile Pani/Pan chcialby zarabiac”. I zawsze podana kwota przez kandytata jest “za duza”…
    Osobiście przy kontakcie z HRowcem pierwsze pytanie jakie zadaje to widelki placowe – jezeli nie chce podac… dowidzenia. Moze kiedys zrozumieją ze Polska tez jest w Europie i należy stosować europejskie standardy.

  2. Sabina Stodolak says:

    @mq – europejskie standardy powinny obowiązywać w obie strony. Dlatego napisałam ten tekst – co to za pytanie “ile można wyciągnąć?” a jak powiem temu kandydatowi że nawet 5.000 to mi powie że on chce 3.000 bo ma takie umiejętności? Nie, powie że chce zarabiać 5 tys, bo tyle może wyciągnąć. U nas niestety tak jest, że każdy uważa że powinien zarabiać kilkanaście tysięcy bo po prostu istnieje. Kandydaci nie potrafią ocenić swoich umiejętności i kompetencji, a dwuletnie doświadczenie na stanowisku sprzedawcy w sklepie z butami wyceniają na 3500 netto…

  3. mq says:

    Dlatego napisala Pani ten tekst zeby usprawiedliwic HRowcow dlaczego nie chca podawac kwot, pomimo ze takie informacje od pracodawcy dostają.
    Co w tym złego że ktoś na stanowisku sprzedawcy chce dostać GODNĄ pensję? Na takim samym stanowisku w Londynie, Madrycie, Berlinie dostanie i tak 2-3x więcej, przy takich samych kosztach utrzymania…

  4. tom says:

    popieram mq. ogłoszenie powinno zawierać widełki w zależności od doświadczenia. przecież idąc na rozmowę nie zmieniamy pracy na gorszą więc po co odpowiadać na taką ofertę z drugiej strony pracodawca podając widełki informuje jakiej wiedzy oczekuje od kandydata. teraz pytanie o zarobki jest jak loteria trafisz lub nie. ostatnio miałem rozmowę gdzie dostałem propozycję ok 60% mojej obecnej pensji (na podobnym stanowisku). przecież mając taką informację nawet bym nie złożył tam swojej oferty

  5. Sabina Stodolak says:

    @mq – proszę popatrzeć na to z punktu widzenia pracodawcy, nie każdy jest wyzyskiwaczem, choć rozumiem, że takie ma Pani doświadczenia. Godna pensja dla każdego oznacza co innego… ja się zgadzam z tym że proponowanie 1000 zł na rękę jest śmieszne, ale miałam na rozmowach kandydatów, którzy wołali 3000 na rękę tylko dlatego że skończyli ekonomię na prywatnej szkole w Wólce Podleśnej… Poza tym…rekruter nie stanowi firmy, on też pracuje gdzieś i postępuje wedle wskazań dyrekcji. Pracowałam w firmie, gdzie nie wolno było podać pracownikowi widełek. I co wtedy? Ja nie mogę tego podać, bo mnie zwolnią, (a czasem nawet nam nie mówiono. Mówiono tylko – jak chce powyżej 4000 to nie zapraszaj na rozmowę…) Pani zaś, jak ja nie podam widełek mówi mi do widzenia. Sytuacja dość patowa, prawda?

  6. Marta says:

    3000 tysiące to tak dużo? I co, że skończyli ekonomię w prywatnej szkole? Mogą wiedzieć więcej niż absolwent tego kierunku po Uniwersytecie Warszawskim. To są stereotypy, dodatkowo sądzę, że pracodawcy nie są do końca uczciwi. Byłam na rozmowie kwalfikacyjnej, gdzie pan mi powiedział, że jego typem jest kandydatka zaraz po studiach z 4 letnim doswiadczeniem, szkoda tylko, ze czytając moje cv nie spostrzegł, ze jedynie to zaraz po studiach się zgadza, bo czteroletniego doświadczenia nie mam, po co zatem marnował mój czas? Uważam, że tak jak pisała @mq Polska nie spełnia standardów europejskich. Mieszkałam 2 lata w Szwecji i gdy tam szukałam pracy kazdy do kogo zadzwoniłam lub oddzwaniał, bo wysłałam cv, mówił nawet bez mojego dopytywania się w naszej firmie może pani zarobić od… do… stawka mieszczaca się w tym przedziale będzie określona po rozmowie, jeśli takie kwoty pania interesują to zapraszam.
    W mojej opini to jest uczciwe. W Polsce niestety tak nie jest, nikt nic nie mów a potem się okazuje, że jechałam na drugi koniec miasta, aby dowiedzieć się, ze pracodawca moze mi zaoferować na przykład 5, 5 za godzinę. W krajach Unii Europejskiej ludzie szanują swój czas, u nas wszyscy chyba zapominają, ze czas to tez pieniądz.

  7. Krzysie says:

    @Marta – no ja uważam, że 3000 zł na rękę, dla osoby bez żadnego doświadczenia zawodowego to dużo. Po prostu. Też myślę, że widełki byłyby super i dobrze by było, gdyby pracodawcy je podawali. I masz rację, że jechanie przez pół miasta dla takiej oferty to strata czasu. Ale z drugiej strony jeśli szef powie -możesz zarobić od 10-20 zł za godzinę, to kandydat powie -chcę 20 i ani grosza mniej. Niezależnie od tego czy ma doświadczenie i umiejętności, czy nie.

  8. mq says:

    Pani Sabino, rozumiem że pracuje Pani u kogos i musi wypelniac polecenia służbowe – np. nie podajac widelek. Chodzi o to ze jest to nieuczciwe w stosunku do ludzi, dzieki ktorym Panstwo zarabiacie.
    Ludzie nie są świadomi ile tak naprawde mogą na danym stanowisku zarobic i dochodzi do takich absurdow o jakich Pani pisze w artykule “drenaz-mozgow-trwa”. Swoją drogą obecnie na budowie wykonując prace fizyczne (w zaleznosci od czynnosci) można dostac dużo więcej niz 3-4tys. netto a pracujac na akord jeszcze więcej. A mgr ekonomii cieszy się jak głupi gdy znajdzie pracę za 2tys netto.
    Podam moj przyklad, pracował w kilku firmach, dzieki czemu wiedzialam ile moja praca jest warta (mialam porownanie, zakres obowiazkow, płaca etc etc) efekt był taki, ze zarabialam o 50% więcej na starcie wykonując te same czynności co pozostali pracownicy, którzy pracowali w firmie po 2-3 lata, a nie byli swiadomi ile ich praca jest warta.

  9. tom says:

    @Krzysie nie mogę się do końca z Tobą zgodzić. Przedział powinien określać budżet pracodawcy a dla kandydata być informacją ile może zarobić. właściwa stawka powinna natomiast być określona po rozmowie natomiast kandydat aplikując na dane stanowisko zgadza się na stawkę z “widełek”. taki układ jest najbardziej fair

  10. Sabina Stodolak says:

    @mq – ja nie zarabiam na kandydatach, bo już w tej firmie nie pracuję (teraz rekrutuję jako freelancer):) Ale wracając do meritum…ja nie mówię, że tak jak jest, jest w porządku. Oczywiście byłoby super gdyby zasada podawania wynagrodzenia obowiązywała. To byłoby też – wbrew pozorom ułatwienie dla rekruterów. Nie traciliby czasu na rozmowę z osobą, która chce więcej niż można jej zaproponować. Taki układ jaki Pani opisuje – większa świadomość = większa pensja też przerabiałam i to z tej drugiej strony (cieszę się jak głupi że dostaję 1340 zł 🙂
    W tym tekście chodzi o co innego. Jeśli rekruter jest wynajęty przez firmę, która nie chce podać widełek, to zapytanie go wprost o to “ile dają” nie tylko nie pomoże, ale zaszkodzi. Wydawało mi się, że jasno wyjaśniłam dlaczego.

  11. Paweł says:

    Witam, ja także uważam, że podanie widełek to bardzo dobry pomysł. Dziś akurat miałem rozmowę telefoniczną z jedną rekruterką. Chodziło o uaktualnienie cv i takie tam. Zapytałem ją czy może mi powiedzieć jakie jest średnie wynagrodzenie na tym stanowisku jakie kandydatom są proponowane. Mimo, że sam powiedziałem ile ja zarabiam w tej chwili pani nie udzieliła mi tej informacji.
    Widełki zdecydowanie rozwiązały by problem i zaoszczędziły czasu wielu ludziom.
    Działało by to w dwie strony. Pracodawcy tworząc stanowiska pracy wiedzieliby jakie oferty są na rynku i jeżeli mogliby się do nich ustosunkować – na przykład zaoferować więcej aby ściągnąć lepszych pracowników.
    Pracownicy wiedzieliby ile zarabia się w danym zawodzie i wiedzieliby na co się piszą kiedy chcą się czymś zajmować – idąc na studia czy zmieniając zawód potem.
    A tak mamy zabawę w kotka i myszkę.
    Jeszcze jeden przykład jako szczyt absurdu. Jakieś dwa lata temu miałem rozmowę z rekruterką, która koniecznie chciała się dowiedzieć czy przeniosę się do Wrocławia. Twierdziłem, że nie, ale ona uparcie nalegała. Powiedziałem jej ile zarabiam i że to dobra pensja i nie jestem zainteresowany. Mimo to kobieta uparła się, że chce wiedzieć i za dwa dni zadzowni a ja mam się zastanowić.
    Po dwóch dniach zadzwoniła podałem jej kwotę o połowę większą niż to co zarabiałem wtedy (mieszkam w dużo mniejszym mieście, więc przeprowadzka do Wrocławia i wzrosty utrzymania tym spowodowane uzasadniała różnicę plus bonus za zmianę pracy) to podziękowała i już się nie odezwała. I po co to wszystko? Zmarnowała tylko swój i mój czas a przy tym mnie niepotrzebnie zdenerwowała.
    Gdyby od samego początku było jasne jaka kwota jest przewidziana byłoby dużo łatwiej.
    Bardzo ciekwaie pod tym względem było w HP – co prawda nie było widełek, ale zapytali ile chcę – na rozmowie – a po trzech dniach przysłali ofertę w której było to ile chciałem minus 250 złotych 🙂
    Mam nadzieję, że im głośniej i częściej będzie się mówić o widełkach tym szybciej się ich doczekamy, ale co tu dużo mówić wynagrodzenia to największa tajemnica firm 🙁 Pewnie pracodawcy boją się, że gdyby podawali widełki to obecni pracownicy buntowaliby się. Ale to już inna historia. W większości firm podwyżkę dostaje się tylko wtedy kiedy chce się odejść.

  12. mq says:

    Pani Sabino prosze wytłumaczyc w takim razie na czym zarabiają HRowcy skoro “ja nie zarabiam na kandydatach”… ;P robicie to charytatywnie?

  13. Sabina Stodolak says:

    @mq – nie zrozumiałyśmy się 🙂 Ja nie zarabiam na kandydatach bo nie pracuję na etacie jako rekruter. Już nie, kiedyś tak. A tak poza tym, to jakby się zastanowić rekruter zarabia na ofercie pracy, a nie na kandydacie per se. Rekruterowi chodzi o obsadzenie stanowiska, za to mu płacą – nie za konkretną “głowę”. W takim rozumieniu, to każdy na kimś zarabia i rekruter nie jest tu wcale gorszy. Pani na poczcie zarabia na tym co wysyła paczki, kelnerka – na kliencie co przyjdzie na kawę. Profesor uczelni na studentach których uczy, nauczyciel na dzieciach itd. Bynajmniej nie usprawiedliwiam HRowców -historia Pawła powyżej potwierdza to że bywa iż działają zupełnie bezsensownie. Niestety wiesza się na nich psy również wtedy kiedy nie są winni temu. Kandydat z reguły myśli że to rekruter jest podły i wredny,a nie że on sam jest za słaby…

  14. Robbie says:

    Swoją drogą to że apteka zarabia na chorych, państwo na podatkach, a HRowiec na kandydatach, to żaden wstyd i nie ma się co niepotrzebnie krygowac.

    “A tak poza tym, to jakby się zastanowić rekruter zarabia na ofercie pracy, a nie na kandydacie per se” hehehe :))

    To prosze się zastanowić raz jeszcze i powiedziec jaki byłby Pani dochód gdyby z tego równania wyłaczyc kandydata (np z powodu kompletnego braku odzewu na ogłoszenie). No bo przecież kandydat to żaden dochód…

    Niezależnie czy robi to Pani w ramach etatu czy własnej działalności, to ZARABIA Pani wlaśnie na kandydatach, na tym że wszyscy oni poświęcają Pani swój cenny czas i wlaśnie na znalezieniu tej “konkretnej glowy”. Twierdzenie że tak nie jest to albo hipokryzja do kwadratu, albo niezrozumienie o co w pracy chodzi 🙂

    Wcześniej jeszcze pisze Pani:

    “Działanie rekrutera który sugerowałby kandydatowi kwotę wynagrodzenia jest więc nieuczciwe.”

    Jest to prawda wylacznie wtedy, kiedy umowa pomiedzy pracodawca a rekruterem wyraźnie tak stanowi. W każdym innym wypadku, zatajanie przybliżonej chociazby wysokosci wynagrodzenia jest zwyczajnie głupie i nieprofesjonalne (a prosze mi wierzyć brak profesjonalizmu dotyczy branży HR w takim samym stopniu jak sprzedawców butów).
    Jak już wcześniej zostało powiedziane, oznacza to stratę czasu (a pamietajmy że czas to pieniadz 🙂 tak ze strony kandydatów jak i rekrutera.

    Jeśli o wynagrodzeniu rzędu 1600zl netto dowiem się dopiero na trzecim-ostatecznym spotkaniu rekrutacyjnym na _poważne_stanowisko_ to niby co mam pomyślec o firmie i rekruterce razem wziętych?

    Jeszcze odnosnie tego:
    “… ale miałam na rozmowach kandydatów, którzy wołali 3000 na rękę tylko dlatego że skończyli ekonomię na prywatnej szkole w Wólce Podleśnej…”

    Rozumiem, że to właśnie dlatego uważa Pani że sugerowanie racjonalnego wynagrodzenia to karygodna nieuczciwość? Wyprowadzenie takich kandydatow z błędu byloby poprostu nieroztropne… 🙂 Nieprawdaż???

    Oczywiście nie widzi Pani żadnego związku z tym że te “3000” wzięły się właśnie z braku jakiejkolwiek informacji o możliwym, spodziewanym wynagrodzeniu ze strony oferującego stanowisko pracodawcy/rekrutera?

    Tak dla przykladu – jak to wygląda w krajach cywilizowanych, proszę sobie rzucic okiem w wolnej chwili na portale rekrutacyjne np. w Australii, USA, w co drugim ogłoszeniu jest podany przedział jeśli nie konkretna stawka. Z tego co Pani pisze wynika że tam są prawie sami nieuczciwi rekruterzy :))
    …w przeciwieństwie do Polski oczywiście 😉

  15. Sabina Stodolak says:

    “jaki byłby Pani dochód gdyby z tego równania wyłaczyc kandydata” – to zależy – pracując na etacie w firmie taki sam 🙂 szukając kandydatów jako head hunter oczywiście zerowy. Proszę tylko zrozumieć, że w przypadku head huntingu to zamawiający płaci za usługę znalezienia pracy, nie kandydat – więc head hunter szuka najlepszego kandydata.
    “Jest to prawda wylacznie wtedy, kiedy umowa pomiedzy pracodawca a rekruterem wyraźnie tak stanowi.” – każda umowa zawsze tak stanowi.
    “brak profesjonalizmu dotyczy branży HR w takim samym stopniu jak sprzedawców butów” – znam kilku sprzedawców butów którzy pewnie by sobie lepiej poradzili niż niektórzy rekruterzy 🙂
    “Jeśli o wynagrodzeniu rzędu 1600zl netto dowiem się dopiero na trzecim-ostatecznym spotkaniu rekrutacyjnym na _poważne_stanowisko_ to niby co mam pomyślec o firmie i rekruterce razem wziętych?” – nie polemizowałam z tym nigdy – to jest dla mnie również nieuczciwe. Ja mówię tylko o tym, że jeśli powiem kandydatowi “na tym stanowisku płacimy od 3000-5000 brutto, to prawie każdy oceni swoje kompetencje na 5000 🙂
    “Rozumiem, że to właśnie dlatego uważa Pani że sugerowanie racjonalnego wynagrodzenia to karygodna nieuczciwość? “- zasugerowanie racjonalnego wynagrodzenia kończy się potem opiniami o “pracodawcach złodziejach”, “rekruterach wyzyskiwaczach” itd.
    “Wyprowadzenie takich kandydatow z błędu byloby poprostu nieroztropne…” – nie, byłoby uczciwe, ale czasem (w niektórych firmach) nie jest możliwe.
    “Z tego co Pani pisze wynika że tam są prawie sami nieuczciwi rekruterzy :))”…a poza tym – ja nie reprezentuje WSZYSTKICH rekruterów świata 🙂 prosze więc nie rzutować na mnie wszystkich złych doświadczeń z rekruterami – proszę mi wierzyć, sama miałam kilka kiepskich przejść 🙂 i również boje w stylu “ja wiem że Pani oczekiwania wynoszą tyle a tyle, ale my proponujemy 50% z tego…po trzecim spotkaniu” – trochę się czuje jakby na mnie wylewano wszelkie frustracje na procesy rekrutacji 🙂

  16. Robbie says:

    “Proszę tylko zrozumieć, że w przypadku head huntingu to zamawiający płaci za usługę znalezienia pracy, nie kandydat – więc head hunter szuka najlepszego kandydata.” — Ja doskonale rozumiem ten proces, nie zgadzam się tylko z twierdzeniem że rekruter nie zarabia na kandydatach (tak samo ten na etacie jak i freelancer). Zarabia, analogicznie tak jak szewc zarabia na butach, mimo że buty nie płacą mu ani grosza 😉

    W oryginale dyskutowane zdanie brzmiało: “…jest to nieuczciwe w stosunku do ludzi, dzieki ktorym Panstwo zarabiacie”. Rekruter zarabia dzięki kandydatom . <- kropka 🙂 Nie ma sensu się krygować.

    Przyznam jednak że mam problem z interpretacją tego co sama Pani sądzi na ten temat. Pisze Pani że aktualnie pracuje jako freelancer i to dlatego nie zarabia Pani na kandydatach, ale już chwilę później twierdzi Pani że po wyłączeniu z równania kandydata dochód freelancera równa się zero. Przeczy Pani sama sobie, proszę się zdecydować czy zarabia Pani na kandydatach czy też nie. Ten fakt może mocno rzutować na Pani stosunek do potencjalnych kandydatów – w końcu “materiał” na którym można zarobić darzy się zazwyczaj większym poważaniem niż taki który nie jest nam do zarobku potrzebny. Nieprawdaż? 🙂

    “każda umowa zawsze tak stanowi.” – niestety nie miałem możliwości zapoznać się z każdą umową kiedykolwiek zawartą, więc zdam się tutaj na opinie profesjonalisty 😉 Z mojego doświadczenia wynika jednak że naprowadzenie czy też przekazanie kandydatowi zakresu wartości wynagrodzenia jakiego może się spodziewać nie zawsze jest problemem. Kwestia tzw. kultury pracy i profesjonalizmu obu (lub może trzech) stron.

    “Ja mówię tylko o tym, że jeśli powiem kandydatowi “na tym stanowisku płacimy od 3000-5000 brutto, to prawie każdy oceni swoje kompetencje na 5000 :)” — I tu jest pies pogrzebany! Zdaje się że to właśnie do zadań rekrutera należy ocena tych kompetencji i sprawdzenie czy te 5000 jest adekwatne. Cóż z tego że 20 kandydatów wyceni się na 5tyś., skoro tylko 2 będzie tyle naprawde wartych? Pani praca, jeśli się nie mylę polega na odsianiu właśnie tych 2, czyż nie? Realna ocena swojej wartości to też cenna umiejętność. Pozostała 18tka, po którejś z kolei nieudanej aplikacji zrozumie prawo rynku i obniży aspiracje. A pracodawca będzie miał wybór – za 5tyś moge mieć dużego fachowca, a za 3 mniejszego fachowca.

    Problem moim zdaniem jest w tym że pracodawca chce mieć dużego fachowca za 3tyś, mimo że jego cena rynkowa wynosi 5tyś., a na rekrutera zrzuca zadanie upolowanie takiego. Nie można się zatem dziwić że metody do tego stosowane mogą budzić zastrzeżenia co do swojej “uczciwości”.

    “zasugerowanie racjonalnego wynagrodzenia kończy się potem opiniami o “pracodawcach złodziejach”, “rekruterach wyzyskiwaczach” itd.” — Więc wg. Pani dużo lepiej to “racjonalne wynagrodzenie” ujawnić na ostatnim spotkaniu, kiedy wszyscy poświęcili sprawie już dużo czasu i nerwów? I to wtedy opinie są zapewne dużo pozytywniejsze, jeśli dobrze zrozumiałem???

    “proszę mi wierzyć, sama miałam kilka kiepskich przejść 🙂 i również boje w stylu “ja wiem że Pani oczekiwania wynoszą tyle a tyle, ale my proponujemy 50% z tego…po trzecim spotkaniu” – trochę się czuje jakby na mnie wylewano wszelkie frustracje na procesy rekrutacji — Proszę tego nie odbierać personalnie, ale jest Pani w tym momencie przedstawicielem strony rekrutującej, a nieczęsto można niezobowiązująco porozmawiać o tym jak ten proces wygląda z tej drugiej strony.

    Dla przeciwwagi dodam że biorąc udział w rekrutacji na obecnie zajmowane stanowisko byłem bardzo pozytywnie zaskoczony przez profesjonalizm i zaangażowanie pani rekruterki (z agencji). Cały czas byliśmy w kontakcie, a trwało to ponad miesiąc i byłem informowany na bieżąco o postępach procesu, nie wspominając już o tym że na odpowiednim etapie zostałem “naprowadzony” na wysokość wynagrodzenia proponowaną przez pracodawcę.

    Pozdrawiam wszystkich czytających.

  17. gothica says:

    Wydaje mi się, że powinno to byś standardem, że w każdym ogłoszeniu podaje się ile wynosić będą zarobki. To by oszczędziło czasu i fatygi obu stronom. Kandydaci mogliby świadomiej wybierać oferty, na które by odpowiadali, więc pracodawca miałby na rozmowach ludzi zorientowanych w sytuacji, więc ani sam by nie musiał kończyć rozmowy, bo ktoś chce 3x tyle, ile on jest gotów zapłacić, a kandydat by nie dziękował za otrzymają ofertę gdyby się okazało, że będzie zarabiał 3x mniej, niż by chciał.
    A póki co zazwyczaj u nas podawane są widełki przy ogłoszeniach, które szukają łosiów tak naprawdę, pod hasłem “będziesz robił mało, na część etatu, nie chcemy doświadczenia, zarobisz 4 tys.”.

  18. fafiak says:

    Ja mówię tylko o tym, że jeśli powiem kandydatowi “na tym stanowisku płacimy od 3000-5000 brutto”, to prawie każdy oceni swoje kompetencje na 5000 🙂

    A czy nie byłoby sensowniejsze:
    1) widzę 3-5k brutto, stwierdzam że to dla mnie ok, idę na rozmowę
    2) rekruter/pracodawca ocenia moje umiejętności i mówi, że może dać mi X, przy czym podwyżkę do Y (gdzie 3k<X<Y<5k) mogę dostać po jakimś czasie, jeśli spełnię jakieś tam warunki (wydajność, szkolenia itp)

    W sytuacji podawania sensownych (ciężko zdefiniować sensowność, ale 1k-6k to nie są sensowne widełki :)) widełek pytanie do kandydata “ile chciałby Pan/Pani zarabiać?” traci sens.

  19. Kamka says:

    ale to chyba jest oczywiste, że jak pracodawca podaje, że można zarobić od 3 do 5 tysięcy to kandydat idąc na spotkanie jest zainteresowany również zarobkami w wysokości 3 tysięcy. To pracodawca ocenia czy przyszły pracownik zarobi 3, 4 czy 5 tysięcy.
    Ale wówczas idąc na spotkanie mamy jasność, a nie na koniec godzinnej rekrutacji i godzinnej podróży na nią okazuje się, że pracodawca proponuje 1300 brutto, mówiąc z uśmiechem, że to przecież nieco powyżej najniższej krajowej, więc nieźle.

  20. ejczdi says:

    Szkoda, że ta rozmowa nie jest właściwie kontynuowana, właściwie też zauważyłem że poziom abstrakcji wśród rozmówców, jest wysoki. Nie zapominajmy, że w naszym kraju niestety mamy do czynienia z sytuacją takiego poziomu bezrobocia, który nie obliguje pracodawcy do wzmocnienia zainteresowania ofertowego poprzez dodawanie pełnych informacji. Jak wiadomo poza tym wiele publikowanych ogłoszeń ofertowych jest”na sztukę” ponieważ pracodawca musi podać wolny wakat do informacji publicznej – buduje to standard tworzenia takich ofert, które nie muszą zawierać pełnej informacji. Poza tym właściwie jestem za umieszczeniem choćby przedziału możliwych do osiągnięcia wynagrodzeń. Nie jest to trudne, i nie spowoduje ciągłego odnoszenia się do podanych przykładów, gdyż warunki pracy czy ilość obowiązków dotyczących danego stanowiska mogą się zasadniczo różnić. Powiem rozmówcom iż mój próg motywacji był znacznie niższy od podanych często w dyskusjach, niestety, i tak miałem problem z dotarciem do poziomu interwiev, aczkolwiek, jeśli już to nastąpiło, potrafiłem pokonać kilkaset kilometrów drogi. Nawet w takim wypadku okazało się, że po przyjeździe na miejsce, nie miałem szans skontaktowania się z kimś więcej, poza b. młodą osóbką ds. rekrutacji.

  21. zbyszek says:

    Dla pracownikow to oczywiste… dla pracodawcow rownież – tylko, ze z chwilą pojawienia się takich ogłoszen skonczy się era taniej siły roboczej w PL. Przy braku widelek placowych zawsze jakis swiezo upieczony absolwent nieswiadomy zarobkow w danej grupie zawodowej zgodzi się robic za najniższą krajową.
    W przypadku gdyby firmy podawaly widelki taki czlowiek wiedzialby na starcie ile mniej wiecej moze na danym stanowisku zarabiac – i w przypadku ‘atrakcyjnej’ oferty za najniższą krajową od razu by ja odrzucal…

  22. barthek says:

    @janusz – ojej komunizm i marksizm powraca: wszystko dla wszystkich po równo! Czy si stoi czy się leży 2tyś się należy.. jednak chyba wolę tak jak jest – kiedy płacą więcej temu co potrafi więcej..

  23. jonas says:

    @bartek – żaden komunizm a tym bardziej marksizm. Normalny zdrowy kapitalizm i rachunek ekonomiczny, ludzie nie chcą pracować po to by mieć “pracę” tylko żeby ZARABIAĆ.
    Rynkiem pracy rządzi rachunek ekonomiczny i nie dziwcie się że ludzie nie chcą przyjmować posad ze śmiesznymi wynagrodzeniami, które nie są w stanie zaspokoić ich potrzeb ekonomicznych. Nikt o zdrowym rozumie nie przyjmie posady z wypłatą niższą niż jego wydatki.

  24. wik says:

    Super-jak pracodawca chce wycisnąć maksimum z pracownika,to jest to “kapitalizm i wolny rynek”.
    Jak pracownik chce wycisnąć jak najwięcej z firmy,to jest to “komunizm i postawa roszczeniowa”.
    No i przecież,jak się to komuś nie podoba,to niech wyjedzie.
    Toteż wyjeżdżają…i takich co cokolwiek umieją jest coraz mniej,coraz trudniej ich znaleźć.Ale za to rekruterów jest coraz więcej.